Tuesday, June 16, 2009


Tatuaże

Seks uwieczniony podskórnym znamieniem, orgazm igłą zapisany, krwawy i ekscytujący, z czasem zamazany.
Doznania barwione czerwienią zachwytu, żółcią niezaspokojenia i czernią trwogi, wskrzeszają morskie syreny, potwory i anioły, zwierzęta dzikie i uschłe liście; delikatne, wyostrzone, nieukończone, na ciele pozostawione. Dumnie lśniące na męskim ramieniu czy skryte na damskiej pachwinie, światu ukazane podniecają, przywołują spojrzenia pożądliwe, budzą zazdrość, myśli zaklinają.
Selene zapisała kartę nocy. Skwar wieczoru zelżony piwem, odór potu tytoniem zabity, materac spermą skropiony, orgazm krzykiem zwieńczony… duch zatrwożony.
- Podobasz mi się.
Trwam w ciszy lustra. Patrzę na ciało barwami schlapane, rozmazane niczym makijaż dziwki. Wstyd mi.
- Musze iść – mówi.
- Zamknij drzwi.
Koszulę rozpinam, obnażając prawość, żądze me przeklinam. Pot spływa po piersi wyblakłych wizerunków. Nożycami zrywam skore, kaleczę ciało zęby zaciskając w bólu. Krew miesza się ze łzami, drgam cały.
Ukrywam blizny, z każdym dniem mniej siebie ukazuję światu.
I tylko lustrzane odbicie przywołuje wspomnienia łzą znaczone.
Tatuaże pierdolone.

Thursday, August 30, 2007

Metro. 2 de octubre.

Odepchnalem niechciane mysli porannej masturbacji. Onanizowanie sie po przebudzeniu jest niczym papieros o poranku: z poczatku przyjemne, z czasem przemienia sie w niechciany rytual. Odrzucilem przescieradlo pokryte zastyglym potem i zapachem starego alkoholu i oparlem glowe o konary lozka, przywolujac zaspale cialo do rzeczywistosci.
Poranny prysznic jest momentem puryfikacji ciala i umyslu, ktory pozwala wkroczyc w nowy dzien w swiezosci. Uwielbiam te chwile. Kapie sie czesto, zwykle rano, czasem przed wyjsciem do pracy, czy spotkaniem z kobieta. Odkrecilem zimna wode, by odsunac natretna chec samozaspokojenia i tkwilem pod biczem lodowatych kropli do momentu wyziebienia ciala.
Wycieralem plecy recznikiem jakbym chcial zedrzec pokrywajaca je skore. Lubie to uczucie. Lubie tez myc zeby. Po nocnej libacji i pocalunkach nieznanych kobiet, szoruje po szkliwie kilka minut, przyciskajac szczoteczke az do zaczerwienienia dziasel. Tana, studentka odontologii, z ktora spedzilem kilka pasjonujacych nocy mowi, ze to szkodliwe, ale mnie to nie martwi.
Czasami odwiedzam ja po pracy. Mieszka na drugim koncu miasta, spedzam poltorej godziny w zatloczonym, zatechlym metrze, scisniety miedzy spoconymi ludzmi, ktorzy wracaja do domow po upalnym dniu. Z poczatku ten smrod budzil we mnie niesmak, jednak przezyczailem sie z biegiem czasu. Zobojetnialem do tego stopnia, ze jest mi wszystko jedno czy funkcjonuje wentylacja, czy tez nie, czy czuc odor pijakow, mocz emerytow, czy pot grubych kobiet. Odcinam sie od zmyslow i rezyseruje w wyobrazni erotyczne sceny z dentystka.
Metro jest niczym seksualny targ pelny przycisnietych piersi i ocierajacych sie o biodra posladkow. Mierze wzrokiem glebokie dekoldy, lub orzezwiony wyobrazeniem erotycznych scen z Tana, przyciskam czlonka do zaokraglonych pup. Niektore kobiety to drazni, inne podnieca. Czasami zaciskaja dlonie na mych biodrach i rzucaja wyzywajace spojrzenia. Zdarza sie wychodzimy razem na kolejnej stacji i szukamy miejsca, by skonsumowac pozadanie. Podnieca mnie seks w metrze. Skowyt kobiecej rozkoszy zmieszany z hukiem przejezdzajacych wagonow powoduje, ze nie kontroluje popedu.
Spontaniczna milosc zrywa lancuchy monotonii, budzi poklady fascynacji i leku nieznania, pozwala szerzej otworzyc oczy. Zapachy kobiecych plynow, spermy, przepoconego ubrania, smrod hamulcow pociagu i odor metra, zmieniaja odczucie rozkoszy i wyzwalaja nieznane zapasy energii, nieodkryte poklady wrazliwosci. Doznanie warte biletu metra.
W niedziele nie ma tloku. Kilka kobiet wracajacych z rynku, troche szkolnej mlodziezy szukajacej wrazen miasta i pojedynczy starcy. Brak zebrakow pozwala przypuszczac, ze interes nie kwitnie tak jak w srodku tygodnia. Stacja o dzwiecznej nazwie Barranca del muerto swieci pustkami. Przybrudzone schody prowadza w glab metra. Robi sie duszno. Nieprzyjemny, zgnily zapach rozdraznia nozdrza. Podziemny swiat zyje swoim zyciem. Zapach pizzy, lukrowych ciastek i goracego pieczywa miesza sie z odorem metra, z ludzkim potem pozostawionym na poreczach schodow, oplutymi scianami i gumami przylepionymi do podloza. W metrze czlowiek sie poci. Gorace powietrze sprawia, ze dlonie staja sie sliskie, a splywajace po czole krople przyciegaja czasteczki kurzu i rozrzucone w powietrzu bakterie. Czuc okalajacy zewszad brod i odor pokrywajacej skore mazi.
Podziemie zbliza ludzi bardziej niz mogliby sobie to wyobrazic. Podnieca mnie ten komunalny wymiar relacji, swiadomosc przenikania cudzych komorek, kontaktu z wydzielinami, wydychanym powietrzem. Gorac wywoluje nadprodukcje plynow, prowokujac pocenie intymnych czesci ciala i przedstosunkowa lepkosc organow rozrodczych. Wzrasta pozadanie.
Patrze na spocone ciala, lepkie ubrania podkreslajace aspekty kobiecosci, material przylkniony do piersi i posladkow. W tej atomosferze seksualnosc wnosi sie ku szczytom. Otaczajace mnie kobiety sa wilgotne, zmeczone i pobudzone goracym powietrzem metra. Rozgladaja sie wokol, na ich twarzach rysuje sie pragnienie stosunku. Nabrzmiale piersi, lekko rozchylone uda, niczym niedomkniete drzwi, zapraszaja do wstapienia w ich progi. Kusi mnie pot i rozmazany makijaz. Opada aura nietykalnosci, wizerunek bogini ciosanej z marmuru, plastikowej lalki pucowanej bawelniana szmatka. Krople potu odslaniaja czlowieczenstwo, sprawiaja ze kobieta staje sie ludzka. Rozmazany makijaz rozbija fale perfekcyjnosci, zrzucajac ja z piedestalu olimpu w doliny realnego swiata.
Zmierzam w dol. Omijam zebrakow i zamykam uszy na skowyt jalmuzny, wpatrujac sie w stojaca naprzeciw postac. Znad brazowych kozakow wylaniaja sie umiesnione lydki. Spodnica ponetnie opina ksztalty nog i posladkow, szerokie plecy pokrywa zas plasz czarnych, kreconych wlosow. Stoi przede mna kobieta o krepej budowie ciala, silnych udach i umiesnionych ramionach. Nie widze jej twarzy, ale z postury wyglada na 35-40 lat. Przykuwaja ma uwage jej lydki. Mocne, niczym wyciosane z grafitu. Rusza ku stacji. Ciekawy wizerunku jej twarzy krocze za nia az do peronu. Nadjezdza metro. Ludzie zaczynaja napierac jeszcze przed zatrzymaniem wagonow. Otwieraja sie drzwi. Wychodzacy zderzaja sie z wchodzacymi, tworzy sie ogolny zgielk. Tlum wpycha mnie do wagonu przyciskajac do plecow sledzonej przeze mnie kobiety. Wdycham zapach jej wlosow.
Zamykaja sie drzwi metra. Odwraca glowe zniesmaczona sciskiem napierajacych cial. Splatamy spojrzenia. Moja twarz odbija sie w jej zrenicach. Brzydka, lecz pozadliwa. Spojrzenie zastepuje slowa. Przemieszczam dlon ku nabrzmialej piersi. Wkladam reke pod pache, ktora niczym kobiece krocze koi wilgotnym cieplem. Wycieram lepka skore w sweter okrywajacy jej plecy. Dotykam karku, ktory odpowiada mimowolnym dreszczem na uscisk nadgarstka. Splatamy usta, nie w romantycznej namietnosci, lecz zwierzecym akcie instynktu, ktory przyciaga nasze wargi, spaja jezyki, prowadzi do zmieszania smakow. Pod ziemia intymnosc nabiera innego znaczenia. Zwierzecosc i dzikie pozadanie determinuja zachowania. Milosc zrzuca przybranie namietnosci, dotykajac pierwotnych instynktow, obdartych z emocjonalnej skorupy piekna. Nie ma miejsca na wykwintne uczucie, lecz na seksualny poped i fizyczne zaspokojenie. Bez czerwonych szminek i koronkowej bielizny, bez zbednych kostiumow przyslaniajacych obraz rzeczywistosci. W metrze relacje miedzyludzkie zrzucaja kolorowe szaty, kapiac sie w pocie nagosci.
Podczas gdy ludzie wygladaja zblizajacej sie stacji, moja dlon zbliza sie ku jej kroczu. Dotykam uda, zaciskam palce na rozgrzanej pochwie. Odpowiada chwytajac paska mych spodni. Nie trzeba slow. Wychodzimy na przystanku Tacubaya. W chaosie tysiecy ludzi czlowiek staje sie niewidzialny. Chowamy sie w sanitarnym pomieszczeniu . Jest ciemno i ciasno, ciezko oddychac. Izbe wypelniaja szczotki, szmaty i pojemniki z chlorem. Odor zgnilizny miesza sie z zapachem dezynfekcji. Przywieramy do sciany. Dotykam wilgotnego, keistego krocza. Nakladam prezerwatywe, ona zdejmuje majtki. Won pochwy miesza sie z zapachem lateksu. Zar rozpala jej uda. Szukamy seksualnego rytmu, powolnie synchronizujac nasze ciala. Pot splywa po czole, powietrze staje sie ciezkie, zapach stechlizny, lateksu i chloru miesza sie z wonia seksu. 5 minut rozkoszy i po wszystkim.
Odrzucam w kat prezerwatywe. Jestem poklejony mieszanina wydzielin. Nie przeszkadza mi to. Jej tak. Przygladam sie jak niezrecznie wyciera husteczka krocze. Ulatuje won pozadania. Zapinam spodnie patrzac jak osusza uda z pokrywajacej mazi.
- Moglam wystawic ci rachunek - mowi pol zartem, starajac sie nalozyc majtki.
- Moglem cie zgwalcic - odpowiadam, obserwujac jak nieporadnie podnosi nogi, haczac obcasami o koronki bielizny. Porusza sie niezgrabnie, niczym drewniana kukla o mechanicznych ruchach i braku koordynacji. Wyglada jak poseksualna forma Pinokia.
- Moj maz by cie zabil.
Moja rzeczywistosc. 5 minutowy seks w brudnym metrze z niezaspokojona mezatka. Zapach spermy i dlonie poklejone lateksem. Tysiace ludzi wracajacych do domow. Ludzkie mrowisko pelne pospiechu i zgielku szczurzych krawaciarzy goniacych za sukcesem. Kobieta wplatujaca bielizne w obcasy i pisk hamulcow zblizajacego sie metra. Zachowania nieracjonalne, lecz instynktowne, wynikajaca ze zwierzecej natury ludzkiej jednostki. Zycie, bez teatralnych gestow i sztucznych usmiechow, bez zbednych, pozbawionych podstaw emocji i pustych, zapomnianych slow. Dziczeje. Z kazdym dniem oddalam sie od powszechnie przyjetego wizerunku cywilizowanego czlowieka. Odrzucam morale, ktore zmusza sumienie do analizy i oceny postepowan. Zamykam sie w waskim kregu instynktow, w rzeczywistosci cielesnych wrazen. Nie oceaniam wartosci, nie porownuje strat i zyskow. Liczy sie doznanie, okreslony moment zamkniety w terazniejszosci. Bez powodowanych skutkow, bez nastepujacych reakcji.
- Nie spytasz mnie o imie?
- Nie.
Po co zostawiac uchylone drzwi? Kontynuacja bywa zgubna. ¨i¨ nabiera tozsamosci po postawieniu nad nim kropki. Bez niej jest nieokreslonym znakiem, ktorego istoty trzeba poszukiwac w calosci kontekstu. Nie chce kontekstu, prawdy ktora by mogla przerazic. Szukam chwili, zaspokojenia instynktu, skupienia zmyslow na akcie terazniejszosci. Absolut zostawiam Platonowi, niech sie trudzi z nieosiagalna prawda. Pytanie zmusza do poszukiwania odpowiedzi. Kto pyta, nie bladzi, lecz kto nie bladzi, nie pyta. By zbladzic, trzeba miec cel wedrowki. Ja sie przechadzam.
- Moze sie kiedys zobaczymy - usmiecha sie na odchodne. Poprawia wlosy i podchodzi do zoltej lini peronu. Na nowo jest jednym z tysiecy podziemnych pasazerow zmierzajacych do obranego celu, anonimowa jednostka nie zwracajaca uwagi na tetniace wokol zycie. Jest tylko przejazdem. Dzwiek zblizajacego sie metra, widok pedzacych wagonow, swist hamulcow. Jedni wsiadaja, inni wychodza, kroczac za wskazujacymi kierunek strzalkami. Slychac stukot krokow. Patrze na zamykajace sie drzwi. Hipokryzja by bylo jechac tym samym metrem. Moj szlak sie krzyzuje z cudzymi, nie laczy.
Siadam na prowadzacych do wyjscia stopniach. Nikt ich nie uzywa. Obok tlum mezczyzn cisnie sie ruchomymi schodami. Przygniecieni do siebie przypominaja zamkniete w chlewie swinie. Przepychaja sie, bez slowa przepraszam, bez respektu dla innych. Zra i brudza. Racza sie kawalkami pizzy, chipsami z pikantym sosem i czekoladowymi batonikami. Wycieraja tluste palce w porecze schodow, rzucaja opakowania pod nogi i pluja gdzie popadnie. Cierpia na otylosc i problemy z krazeniem. Nieuczesani, niedomyci, o wylazacych ze spodni koszulach i niedopietych zamkach. Przesuwaja sie korytarzami metra niczym gbury. Bez gracji, bez usmiechu, w wyrazie wiecznego niezadowolenia. Urzednicy, pracownicy bankowi, sprzedawcy i budowlancy. Powolni, niezadowoleni, leniwi i przecietni. Mezczyzni wykastrowani z idealow, fotelowi kibice i bywalcy tanich barow ze striptizem. Czas plynie im na jedzeniu, wydalaniu i zmienianiu telewizyjnych kanalow. Przyzwyczajeni do miernosci, zazdrosni i zaleknieni. Zyja na kredyt. Egocentrysci o msciwych spojrzeniach. Ponizani w pracy, w domach odgrywaja sie na malzonkach. Wiecznie biadola, przybieraja maski zalosci i pokrzywdzenia, ciezaru losu osiadlego na ich karkach. Jednemu z nich przyprawilem rogi . Nie czuje zalu, nie mam wyrzutow sumienia.
Wyciagam papierosa. W metrze nie wolno palic, ale co z tego. I tak nikt mi nie zwroci uwagi. Policjanci sa zbyt leniwi by schodzic do peronow, a ludzie zajmuja sie soba, unikaja konfrontacji. Pale z nudy. Dla zabicia czasu i zajecia rak. Zaciagam sie dymem. Won tytoniu miesza sie z osiadlym na palcach zapachem lateksu. Moja dlon pachnie zuzyta prezerwatywa. Suchy, nieprzyjemny zapach drazni me nozdrza. Przekladam papierosa do lewej reki.
Oparty o sciane wagonu wsluchuje sie w stukot pedzacego metra. Stojaca obok starsza kobieta przyglada sie parze calujacych sie gimnazjalistow. Zastanawiam sie co mysli. Czy na widok mlodziezy przypomina sobie seksualne przygody z przeszlosci, czy tez denerwuje sie faktem, ze nie ustapiono jej miejsca. Jesli miala niedobor seksu, to pewnie sie wscieka na pochloniete soba dzieciaki. Stojacy za nia mezczyzna stara sie czytac gazete. Co chwile gubi tekst i trudzi sie w probie odnalezienia wersu. Ludzie jedza, sluchaja muzyki, lub rozpaczliwie rozgladaja sie za czyms co mogloby przykluc ich uwage. Boja sie ciszy. Przeraza ich chwila refleksji, bycia sam na sam z soba. Nie chca myslec. Dzialaja, odbieraja informacje, szukaja zewnetrznych bodzcow, ale wizja wewnetrznego monologu przyprawia ich o dreszcze. Dzieki bogu istnieja sprzedawcy. Zmieniaja sie co stacje. Przepychaja sie wzdluz wagonu oferujac pirackie plyty, gumy do zucia, ksiazeczki uczace asertywnosci, podreczne latarki i przeciwbolowe mascie. Zachwalajace produkty okrzyki mieszaja sie z dzwiekami przebojow wydobywajacych sie z zawieszonych na piersiach glosnikow. Cena niezmienna, 10 za gume, cd, czy skarpety. Taki konsumpcyjny komunizm. Od czasu do czasu trafia sie brzeczacy monetami slepiec, narkoman tarzajacy sie po potluczonym szkle, lub deklamujacy wiersze intelektualista. Moze i oni powinni ustalic stala stawke? Istny cyrk, ale wrazenia z czasem bledna. Czlowiek sie przezwyczaja.
Jest goraco. Staram sie oddychac wolniej, nie poruszac. Czuje sie niczym zimnokrwisty gad, ktory obniza puls w potrzebie zachowania energi. Manipulowanie oddechem na niewiele sie zdaje. Krople potu zaczynaja splywac po skroniach, dlon klei sie do poreczy. Wycieram reka spocone czolo. Gorace powietrze miesza sie z pokrywajacym me palce zapachem lateksu. Obserwuje pasazerow. Gorac dokucza wszystkim. Gruby mezczyzna zaczyna wachlowac twarz za pomoca gazety, pocac sie jeszcze bardziej przez niepotrzebnie wykonywane ruchy. Starsza kobieta rozpina guziki koszuli odslaniajac rozowe ramiaczka biustonosza. Jedynie na gimnazjalnej parze upal nie robi najmniejszego wrazenia, wymiana milostek pochlania ich do reszty. Zgrzyt hamulcow oznajmia o zblizajacym sie przystanku. Wiekszosc pasazerow tloczy sie ku wyjsciu, opada temperatura. Nastepna stacja Camarones, a stamtad juz tylko dwie przecznice dziela mnie od usmiechu Tany.
- Czesc skarbie
- Ladne kwiaty. Czemu tak pozno?
- Kochalem sie w metrze. Spotkalem kobiete, wymienilismy spojrzenia i wyszlismy na kolejnej stacji.
- Jak ma na imie?
- Nie wiem.
- Ladna?
- Nie. Brzydka
- Masz mine jakby to sie zdarzylo naprawde. Cos ci powiem: W metrze ludzie nie uprawiaja seksu. Mezczyzni, tacy jak ty, patrza pozadliwie na spocone ciala kobiet, wyobrazaja sobie przepelnione erotyzmem sceny, w ktorych kochaja sie w tunelu, czy tez pomieszczeniu na szczotki. Marza o ekscesach, o ktorych wstydziliby sie powiedziec dziewczynie, a niektorzy przegladaja playboya- ty nie. Jesli nie znasz imienia, a do tego jest brzydka, to nie musze sie martwic. Znaczy, ze ci sie podobam - mowi, kokieteryjnie unoszac brwi - Idz pod prysznic, bo nie mamy wiele czasu. Garnitur wisi w pokoju.
Zimne krople prysznica zmywaja ze mnie zmeczenie i skorupe brudu metra, ktora pokrywa me cialo. Czuje sie lekki, jakbym zrzucil z plecow przygniatajacy mnie ciezar rzeczywistosci. Racze sie opadajacymi strugami, oczyszczajacymi cialo i ducha kroplami, ktore skrapiaja me lopatki. Nabieram sil, wskrzeszam zapomniane poklady energi, odswiezam umysl i zrywam oplatajace go brudne mysli. Uwielbiam to uczucie, dotyk zimnych kropel, ktore zmywaja trudy podrozy, kurz mijanych szlakow. Wynurzam sie spod niewidzialnej pokrywy otoczenia, bakteri spolecznosci i zapachow miasta. Spogladam w lustro. Ota ja, ten prawdziwy, bez teatralnych masek i gestow. Czuje sie jakbym opuscil platonska jaskinie odbicia rzeczywistosci i spojrzal w oko prawdy.
Tylko co to jest prawda? Seks w metrze, pocalunek Tany, splywajace po karku krople? Kochalem sie z kobieta, wdychalem zapach chloru, sciskalem jej uda, delektowalem sie wonia jej wlosow. Oklamany przez zmysly? Moglbym przysiac, ze dzialo sie to naprawde. Slysze jej glos, widze jej spojrzenie, czuje zapach palonego papierosa. Czyzbym nie wyszedl z wagonu na przystanku Tacubaya, nie dotykal wilgotnego krocza brzydkiej kobiety? Nie wiem czy powinny przerazac mnie mysli czy czyny. Co sie ze mna dzieje? Gram role stworcy, ktory slowem wskrzesza byty? Dotknalem jej orgazmu. To moja prawda, moja rzeczywistosc, ktorej nie odbiora mi krople prysznica. Wierzyc sobie, obrazom zapisanym w pamieci, zmyslom, ktore delektowaly seksu? Wierzyc Tanie, jej ufnemu spojrzeniu, niewinnej milosci? Kim jestem? Tworem marzen i wstydnie przykrywanych pragnien, czy kreacja otoczenia, lat rodzicielskiego wychowania i moralow spolecznosci? A moze jednym i drugim? Uosobieniem teorii relatiwizmu, kameleonem o wnetrzu roznym zewnetrznej postawie? Moze jednosc ducha, ciala i psychiki jest tylko mitem? Moze rozrywam ma swiatynie trojcy? Moze.
- Ja Ciebie chrzcze. W imie Ojca i Syna i Ducha Swietego
- Amen - odpowiadam w ciszy obserwujac z dala niemowlece ksztalty. Kaplan skrapia czolo dziecka, ktore od tej chwili staje sie czlonkiem chrzescijanskiej wspolnoty. Wedlug katolickiej wiary ten moment materializuje obietnice nieba. Dziwnie to brzmi, ale teraz wszystko zalezy od ochrzczonego bobasa. Kosciol pelny jest ludzi. Rozgladam sie po umalowanych obliczach kobiet, pelnych powagi twarzach mezczyzn, glowkach niewinnych dzieci. Wszystko jest piekne, puder pokrywa zarysy niedoskonalosci. Stonowane ruchy, eleganckie spojrzenia, subtelne dzwieki. Otaczajacy mnie ludzie trwaja w odczuciu perfekcji, w narcystycznym zauroczeniu swym pieknem. Bezplciowi i niedostepni, schowani za maskami sztucznej elegancji, stanowionych praw, moralow i powinnosci. Odzwierzeceni, kierujacy sie inteligencja i wola wolnego wyboru, odrzucajaca brudy i zlo niedoskonalosci. Odcieci od instyntkow, od niegodnego nadrzednej istoty wenu natury, trwaja skamieniali, niczym mojzeszowe tablice. Ja- przybrana w garnitur bestia i oni- porcelanowe statuetki. Zlo w zmaganiu z dobrem, zoroastranski Ozmud, spogladajacy w oblicze Arymana, czern sprzeciwiajaca sie bieli. I Ona, ktora laczy dwa swiaty, ktora w swej czerwonej sukni, niczym krew daje zycie zastyglemu istnieniu. Pelna ciepla i witalnosci, wszczepia instynkt w ducha oplatajacego cialo. Piekna, wlocznia milosci burzy mury wzniesione przez panow olimpu, przewraca bozkow zoroastry, niesie swiatlo w podziemne progi hadesu nowej ery. Przy niej znajduje odpowiedzi. Jestem prawda jej oczu, nie zludnym odbiciem lustra. Sojrzeniem mego umyslu cumuje w przystani jej uczuc. Tylko w istocie drugiego czlowieka mozna zasmakowac czlowieczenstwa. W samotnosci egzystencji jestem jedynie cieniem, niewyraznym odbiciem promieni stworzenia.
Lezymy nadzy, delektujac sie gluchym dzwiekiem wentylatora. Nasluchujemy bicia serc i spowolnionego oddechu. Tkwimy w edenie wyrwani z wladzy czasu, odrzucajac strach przemijalnosci.
- Kochasz mnie?
- Kocham - slowa uderzaja w przestrzen. Won roz miesza sie z zapachem lateksu.

Tuesday, May 1, 2007

2 mujeres y el gato

Otworzylem oczy zbudzony dreczaca potrzeba oddania moczu. Zegarek wskazywal 5-ta, a ja nie chcialem podnoscic sie z lozka. Pomyslalem o masturbacji: onanizowanie sie oddala nacisk zbierajacego sie moczu i pozwala na przetrzymanie kolejnych minut. Pomysl interesujacy, ale na dluzsza mete nie obejdzie sie bez pojscia do lazienki.

Mam problemy ze snem. Czasem z powodu pecherza, halasliwych komarow, badz frasujacych mysli. Zdarza sie, ze nie moge zasnac i mimo potwornego zmeczenia, spedzam noc piszac o kobietach.

Mariana jest studentka psychologii, Yein prostytutka. Z obiema spedzilem kilka pasjonujacych momentow. Nadal utrzymujemy kontakt. Czasami rozmawiamy przez telefon, niekiedy spedzamy wieczor, rzadziej noc. Obie maja po 22 lata, dlugie nogi i ponetne ciala.

Mariane poznalem w barze. Podobala mi sie bardzo, a whisky sprawia, ze staje sie bezposredni. Tanczylismy do 4-tej nad ranem. Spotkalismy sie 2 razy zanim skonczylismy w poscieli. Mile wieczory: kawa, ponetne spojrzenia, rozpoznawcze pytania i rum zmieszany z kubanska muzyka. W tym okresie byla zwiazana z japonska sekta, jednak orientalne zasady nie powstrzymaly jej od zerwania ze mnie koszuli. Po kilku nocach religijne morale odeszly w zapomnienie. W lozku nie zna ograniczen. Podnieca wyszukana bielizna, wdziera sie w plecy paznokciami, zaciska zeby na szyji. Jest niczym mloda wampirzyca: zadna krwi, bolu i potu, dygocaca w eksplozji zachwytu, okrzykiem smakujaca namietnosci. Wiecznie w ruchu, w pogoni za kolejnym orgazmem przez tory nieznanych pozycji, szlak zadrapan i pocalunkow. Jest dla mnie wyzwaniem, kompetencja, w ktorej sprowokowanie kolejnego orgazmu odbieram jako wyroznienie. Oboje smakujemy przygody. Cieszymy sie seksem, wymiana plynow, fizycznym zaspokojeniem zmieszanym z bolem i wyczerpaniem. Czarujaca kobieta.

Nie widzialem jej od 2 tygodni. Odkad ma chlopaka spotykamy sie rzadziej. Z poczatku bylem zazdrosny, ale z biegiem czasu uswiadomilem sobie, ze to nie ma znaczenia. Wierzyla w nas. Liczyla na cos powaznego, czekajac ponad pol roku. Nie potrafie. Nie chce wyzbyc sie wolnosci, dzielic kretych sciezek losu. Nie kocham, coz dodac wiecej.

Spotkania sa ekscytujace. Potrafimy godzinami wpatrywac sie w kawe i dzielic spostrzezenia na temat otaczajacej nas rzeczywistosci. Mariana ma w sobie cos niepowtarzalnego, co nie pozwala patrzec obojetnie w jej wyrazista twarz. Jest odwazna i szalona, a namietnoscia przyslania kruche wnetrze. Chyba dlatego mi sie podoba.

Minely 2 dni od ostatniej rozmowy z Yein. Wspominala o znuzeniu codziennoscia i checi kilkudniowej wyprawy w nieznane. Romantyczne gadanie w probie ucieczki od rzeczywistosci. Yein uwielbia wymyslne wojaze, w ktorych przywdziewamy szaty zakochanej pary. Bajka konczaca sie wraz z powrotem do miasta, z kolejnym klinetem, zielonym banknotem bawiacym jej sutki. Mi wszystko jedno, grunt ze wspolnie spedzony czas sprawia nam wiele przyjemnosci. O ile z Mariana zawsze pierwszy jest seks, a potem pogawedki, to z Yein bywa odwrotnie. W trakcie drogi przychodzi czas na rozmowe, pocalunki i podziwianie widokow. Lubie prowadzic auto widzac jak chwyta szczescia, jak wychyla glowe przez okno i tanczy w rytm muzyki zmieniajac radiowe stacje. Potem przychodzi wieczor, kolacja w zacisznej restauracji i czerwone wino w hotelu. Seks z Yein, to dlugie godziny namietnosci przeplatanych smakiem cierpkiego bordeaux. Powolne sieganie euforii przez sciezke francuskiej milosci, pocalunkow smakujacych ciala, zacisnietych ud i dloni wplecionych we wlosy. Lubi gdy jestem delikatny, gdy patrze w jej oczy podczas gdy dochodzi do orgazmu. Dlugotrwaly stosunek kosztuje mnie sporo samokontroli. Czesto zmieniam pozycje, by zyskac cenne sekundy i odwlec zblizajacy sie wytrysk. Probujemy przeroznych akrobacji. Podnieca mnie widok Yein dygocacej w eksplozji orgazmu, jej spoconego ciala i krwistych, zagryzionych warg. Smakuje zimnych ust i siegam szczytow, pozostawiajac w niej zebrane poklady spermy. Zastygamy na kilka chwil bez ruchu, raczac sie dreszczem spelnienia. Yein chce wiecej, a ja potrzebuje przerwy.

Po pierwszym orgazmie odczuwam mile rozluznienie. Uchodzi poczatkowe spiecie zwiazane z trwoga o spelnienie seksualnych oczekiwan. Nie potrafie odciac od swiadomosci faktu, iz jest prostytutka, dla ktorej seksualne akrobacje sa rutyna codziennosci. Staram sie stanac na wysokosci zadania, co prowokuje sporo nerwow. Potem jest latwiej. Spiecie zamienia sie w zarty.

Patrze na jej cialo. Spocone i unoszone rytmem powolnego oddechu przyprawia mnie o kolejna erekcje. Zrywam kurtyne zahamowan. Uwalniam poklady pozadania, dajac ujscie naturze instynktu. Kolejne orgazmy Yein ekscytuja mnie coraz bardziej. Pragne. Yein chwyta zapomnienia. Po skroniach plyna strugi potu, a akt przeciaga sie ku nieskonczonosci. Smakuje wyczerpania zblizajac sie ku limitom wytrzymalosci. Yein rozchyla uda i zaciska zeby oczekujac konca. Trwam w ruchu zamieniajac namietnosc w jednostronna relacje. Nie moge wzbudzic wytrysku.

Przerywam. Yein osiagnela apogeum, wkracza w sfere bolu i wyczerpania. Nic na sile. Odgarnia wlosy i dotyka mnie ustami wzbudzajac nowe obszary erotyki. Studzi ma dzikosc delikatnoscia, przenoszac mnie w inna strefe wrazen. Wzbudza me zmysly, przyprawiajac o stan ekstazy. Splotem ust chwyta mego orgazmu.

Potem pijemy wino. Yein zasypia odwrocona plecami. Siegam po papierosa i mysle nad zyciem. Zastanawiam sie nad seksem, nad roznicami potrzeb, nad wspolna namietnoscia i egoizmem spelnienia. Nie moge przy niej zasnac. Nie wiem czemu, ale nie potrafie. Pale do 5-tej, biore prysznic i wychodze na ulice. Wschody sa piekne, a ludzie zmeczeni.

2 kobiety, 2 rozne kryteria namietnosci. Czasem los stawia na rozdrozu, wzbudza chec poznania dokad prowadza krete sciezki, zastanawia na ktorej odciskac slady zakurzonych butow. Czasem droge przecina czarny kot, znuzony chodzeniem po wytartych traktach. Nie sposob odgadnac dokad zmierza. Kroczy po pustkowiach, niknie w gaszczu, niekiedy przekracza brukowane ulice. Wybiera bezdroza. Wspina sie po kamieniach i z gory spoglada na siec roposcierajacych sie szlakow. Wygladaja pieknie, pozostaja nieprzetarte.

Bol wybija ze wspomnien przypominajac o potrzebie oproznienia pecherza Ide do ubikacji. Czerpie przyjemnosc z oddawania moczu. Pozbywanie sie zbednego balastu plynow jest milym uczuciem, z kazda kropla odczuwam poczucie lekkosci. Moj czlonek jest ciezki i napecznialy. Wspomnienie Mariany i Yein przyprawilo mnie o wzwod i mimo oddania moczu, penis pozostaje napiety. Oddaje sie masturbacji. Z poczatku jest przyjemnie. Zamykam oczy starajac sie myslec o Yein, o jej wilgotnym ciele i ponetnych ustach, o oralnej milosci. Nie moge. Widok czarnego kota przeslania wspomnienie kobiecych oczu. Mroczna sylwetka przemierza zarysy dolin, przecinane zoltawymi drogami lasy, pnie ku zanurzonym w klebi chmur szczytom. Odbicie czarnej siersci i dziko patrzacych oczu wytraca mnie z seksualnej podnioslosci. Nie jest to odpowiednia chwila na masturbacje. Wchodze pod prysznic, by zimnym strumieniem zmyc resztki pozadania. Lodowada woda splukuje podniesiony poziom erotyzmu. Puryfikuje umysl biczem zimnych kropli. Zastyga pozadanie.

Wpatrzony w okno

Spogladajac zza kontur codziennosci
Ciezkim okiem przemierzam pustkowie poznania
Chwytajac mysli gestem przedstawionych
Stoje w obliczu tablic, liter nan skreslonych
Patrze przygaslym okiem i zamykam uszy
By potok slow plynacych mysli nie zaklocil
Cudze twarze i gesty, ciagle glosow drzenie
W smiechy sie zamieniaja, jak owcze beczenie
Wyrwany z nauki slepych slow znaczenia
Wznosze ma glowe w progi zmyslow zapomnienia
Z powietrznych suplow tworze pomost by go przerzucic na druga strone
I przeniesc w nieznane me zmysly zmeczone
Wyrwac je z codziennosci, z drwiacych ludzkich twarzy nieszczerej smialosci
Z nielotnych skrzydel idei
Z przecietnosci co zmysly ich mieli
I po tym skreconym sznurze pragne piac sie ku gorze
Ku poznaniu i nieopamietaniu
Ku utracie gruntu i spacerze po wodzie
Ku przegonieniu wiatru i slonecznym zachodzie
Ku kobiecym spojrzeniu niedosytu
Ku zmaconej poscieli i okrzyku zachwytu z bolem zmieszanym
Ku kierunku nieznanym

Zguby

Widzialem twarze, ktore z czasem minionym odeszly w zapomnienie
Dni deszczem zraszajace namietnosci, przeplataja minione chwile nicia zapomnienia
Swiat sie zmienia, a ja w ciszy zasluchany
W zlosci, w glupocie, w mrocznej niemocy zadzy kraze
W zachwycie bolu, w uchwycie nienawisci
W mgle opieszalego kroku przemierzam pustkowie poznania

W swiecie zaglubiony, zyciem przestraszony
Zaciskam zeby przed nadejsciem nocy
W toku mysli zapomnienia i wspolistocie spelnienia
W spojrzeniu przestworzy krocze przez mroczne fale
Przez milosc, przez wiare, przez nadzieje, wszepione w korzenie zrozumienia
Duchem objawiony, gniewem pochowany, pukam do bramy poznania

W istocie upadku zaciskajac mysli
W muzyce ziszczonej smyczkiem ukojenia
W pojednaniu spojrzenia, w zaslepieniu cienia
Przykryty porannym zachwytem rosa skropionym
Staje sie bytem natchnionym pieszczota tarczy wschodzacej

Chwytajac slonca, wychodzac z cienia otepienia i ludzkiej glupoty
Otwierajac znamie poznania na idee piorem pisane, zamieniam chwile w doznanie prawdy miloscia otartej, pandore przeganiajac z szlaku
W literze wypatrujac spelniania, spojrzeniem sledze stronnice
Poznaje chwile, slowa duchem tchniete, mysli nieodgadniete i znaki kreslone szorstkim ruchem dloni
Porwany wichrem pasji, w pogoni prawdy, w liturgii namietnosci odplywam ku nieznanym


Przykryte papierem

Czlowieku, zagubiony w labiryncie zycia,
Kosztownym usmiechem nadajacy sens mijajacych momentow.
Czemu nie szukasz radosci?
Zatopiony w kole istnienia, poszukujac bezpieczenstwa zamykasz sie w klatce materialnych pretow.
Tworze z prochu, co zbroisz sie blaskiem monety,
Pochloniety pogonia za tlumem, nie masz czasu by przystanac i zajrzec w swe oblicze odbite w tafli prawdy.
Zgubiles wiare, nie zaznales milosci, a nadzieje pokryles kurzem codziennosci.

Swiecie, co ludzkie spojrzenie kierujesz na zastygle prety i zawezasz horyzont wysokimi murami.


Mysli krzykiem

Brak mi slow…
Mysl wedruje korytarzem rozumu i puka,
Lecz drzwi zamkniete,
Slowa niepojete,
Utracone wyrazy i zaspane idee,
Brzdekiem mysli pobudzone z dziennego zastoju,
Bez wiary, bez nadziei…

Pragne…

Niech wroci idea, niech przybedzie slowo kreslone rozkosza, przeplatane intelektem i nieprzecietnoscia…
O jezyku zapomniany wsrod barier codziennosci,
Do ciebie skomle proszac o oswiecenie.

Niech cisza wypelni sie krzykiem,
Niech mysli rozbudzone zostana kropla atramentu,
Niech radosc wypelnie chwile zadumy.

Parroquia

Smak kawy przegania zmeczenie nieprzespanej nocy. Brudny, z ledwie przetartymi szczotka zebami, rozpoczynam nowy, ubrany w sloneczne promienie dzien. Veracruz rozbudza wyobraznie. Wzrok muska kolonialnych budynkow oplecionych sznurem kafejek, kilometrow ograniczonych palmami ulic i nadmorskich bulwarow zlewajacych sie z morska otchlania. Dzwiek skrzypiec wyrywa sie z warkotu samochodow. Kelnerzy przy pomocy mnosieznych czajnikow, wypelniaja kubki mocna kawa. Sprzedawca balonow mozolnie przemieszcza sie miedzy stolami. Klienci, dumni ze sniadaniowania w znanym miejscu, odganiaja sie od natarczywych sprzedawcow koszul, podrabianych zegarkow i struganych w drewnie figurek. Na ulicach rozpoczyna sie dzien. Mysle nad tanim kwaterunkiem, zimnym strumieniem prysznica i widokiem morskiej glebi. Tak dawno nie zanurzalem sie w fali, nie spogladalem w oddal horyzontu.

9.00. Lada moment powinny otworzyc sie drzwi turystycznej informacji, choc znajac zycie, opozni sie to o pol godziny. Kawa budzi poklady energii, a przesuwajace sie skrzydla starego wentylatora, rzeskim powiewem niosa ukojenie zmeczonemu cialu. Zapach oderwania od znuzonej codziennosci rozbudza zaspane zmysly.¨ Bywaja w zyciu cwile – minuty szczescia – podczas ktorych dzieje sie tyle, iz miesiecy, a nawet lat trzeba, by to wszystko sobie poukladac ¨. Podazam sladem slow kobiety, ktora wyrwala mnie z pajeczyny codziennosci. Wypatruje rzadkich chwil i przepelnionych sekund.

Z zamyslenia wywyra mnie spojrzenie pomarszczonej twarzy. Przed oczami ukazuje sie wachlarz drzacy w uchwycie spracowanych dloni.- Dla twojej dziewczyny, bys przywolal usmiech na jej twarzy.
- Ladny, lecz nie mam dziewczyny.
- Delikatnym powiewem rozniec wiec ogien uczuc w kobiecie, ktora ci sie podoba.
- Uczucia zgasly i zamilkl zar, ktory moglby je wzniecic
- Poszukaj zapalki. Mnie znajdziesz tu kazdego ranka.

My cienie

Staramy sie zrozumiec
(lecz nie potrafimy)
Trzaskamy drzwiami
(i wychodzimy)
Plyna chwile, plyna slowa milczenia
W egoizmie pograzeni
W ciszy blasku pogrzebani
(tkwimy niechciani)

My cienie

Uniesieni duma spojrzenia
O zagryzionych wargach i w oczach wbitych w sciane horyzontu
Nie rozumiemy
(gdyz zrozumiec nie chcemy)
Patrzymy ogluszonym wzrokiem
Slepa zajadliwoscia odpychamy dzwieki
Zamknieci w wlasnej dumie zrywamy dlon opadla na ramieniu

My cienie

My szlachetni, przybrani maska ironicznych usmiechow
My pyszni, zadza spogladajacy w otchlan duszy
My glupcy, w oszukanczej mierze istnienia

Przelamani niemoca
Skruszeni skomleniem
Zatraceni milczeniem

Jestesmy cienia cieniem
Ide do cyrku!

Zatracony wirem wentylatora, spogladam na wskazowki zegarka. O osmej musze pojawic sie w garderobie treserki sloni, wiec zostalo troche czasu, by dopic szklanke zmrozonej tequili. Zimny prysznic zmyl zmeczenie minionej nocy. Spacer po nadmorskim bulwarze piescil uszczesliwione oczy. Stawiane kroki spajaly sie z rytmem morskiej fail, a wzrok zatapial sie w glebi horyzontu. Postanowilem odpoczac na jednym z pobliskich kamieni. Sloneczne promienie cieplem smagaly skore, z oddali dochodzily dzwieki odplywajacego frachtowca, delikatny wiatr przyjemnie smagal cialo. Wszedlem do akwarium. Zimne powietrze przyjemnie gasilo zar mojego ciala. Kolejka po bilety wydawala sie byc bez konca.

Spytalem o godzine. Odpowiedziala dwa razy, mylac sie za pierwszym. Ciekawe czy zauwazyla moje pozadliwe spojrzenie? Jest turystka, mielismy wiec wspolny temat do rozmowy. Zaproponowala zwiedzanie starego fortu, a w drodze do samochodu wyciagnela z torby dwie male suczki. Jej przyjaciolka spogladala na mnie ostygle, z uprzedzeniem. Ma ladny tylek.

Fort byl pomylka, ale zostalem zaproszony na wieczorny spektakl. Pracuje w cyrku, byla tancerka, wystepuje ze slonmi. Niewiele z tego rozumiem, ale cos mnie tam ciagnie. Czyzby skonczylo sie na wspolnej wyprawie na plaze? Nie wiem. Chwytam wrobla, zanim wyslizgnie sie z dloni. Zostalo 10 minut, a ona ma ponad 30 lat.

Bar

Godzina dzieli mnie od cyrkowego widowiska. Wieki minely od kiedy ogladalem slonia pod cyrkowym namiotem. Dochodzi ku zachodowi, a ja slucham rytmicznych dzwiekow reggetonu popijajac cierpkie piwo. Skora przepalona sloncem, pluca tytoniem cygar, a mysli ciekawoscia nadchodzacej chwili. Uwolniony samotnoscia, bez ludzkich spojrzen, bez presji. Oderwany od wzroku wielkiego brata, kosztuje chwili wytchnienia. Ciesze sie dzwiekiem muzyki, widokiem przejezdzajacych samochodow, momentem wolnych decyzji i przyjemnym powiewem wiatru.

Prostota jest tak piekna i tak bliska, ze czlowiek czasem zapomina o jej obecnosci. Na chusteczce zapisuje mysli i nie zastanawiam sie co by byc moglo, lecz co jest. Nie jest to zycie chwila, lecz chwila zycia, ktora przezywam w spelnieniu wlasnego istnienia. Jestem szczesliwy. Jestem wybrancem losu, smaganym rzeskim wiatrem, ktorego zmysly, wyostrzone nareszcie, smakuja piekna codziennosci. Nie tej szarej, lecz malowanej kolorami moich decyzji. Nareszcie wylonilem sie z bezpiecznej jaskini, pelnej wizerunkow malowanych przez innych i sam poszukuje farb by barwic sciany codziennosci. Czy je znajde? Nie wiem, ale poszukujac ich odkrywam nieznane szlaki.
Las hormigas

Ma 14 letniego syna, pierwsze zmarszczki i cialo 20-latki. Czekalem na nia za cyrkowym namiotem. Z poczatku oparty o mur, a pozniej o jej samochod, by ustapic pola mrowkom, ktore obraly szlak moich butow, jako sciezke swej wedrowki.

Wprowadzila mnie bocznym wejsciem przedstawiajac jako swojego przyjaciela. Umalowana wygladala ponetnie, jej cialo przykulo wzrok moich oczu. Zajalem najlepsze miejsce, w oczekiwaniu obserwujac sprzedawcow prazonej kukurydzy. Namiot wypelnial sie widzami, podczas gdy wyobrazalem sobie, ze uprawiamy seks na cyrkowej arenie. Nie zbudzila mych uczuc, lecz poklady fizycznego pozadania. W oczekiwaniu wygladalem cudownego ciala tancerki. Zgasly swiatla.
Lechero

Od lat nie bylem w cyrku, od dawna nie kochalem sie z kobieta. Sycilem sie przedstawieniem, wzrokiem sledzilem opiete kostiumy akrobatek. Zastanawialem sie ile treningu potrzeba, by przygotowac sie do spektaklu. Byly niesamowite, o wysportowanych cialach i rozciagnietych udach. Moim oczom ukazywaly sie nieznane dotad akrobacje. Pod plaszczem namiotu, miedzy zapachami prazonej kukurydzy i cukrowej waty, unosil sie aromat seksu. Nie moglem jej wypatrzec. Wiedzialem, ze rozpoznam ja po jasnych wlosach i pieknym ciele. Nie moglem skojarzyc twarzy jej przyjaciolki.

Tanczyla. Skapo odziana sprawiala niesamowite wrazenie, ale akrobacja nie byla jej domena. Widac, ze jest tancerka. Nie podobaly mi sie wielblady, lamy i konie, tresowane by przemierzac cyrkowa arene. Publicznosc klaskala, a ja myslalem o niewolnikach rzymskiej olimpiady. Wygladala ponetnie. Cialo i taniec sa jej glownym walorem. W przerwie sprzedawala swiecidelka publicznosci. Rozmawialismy. Tanczyla, podczas gdy na arene wkroczyly slonie. Ubrana w skapy, rozowy kostium zbudzila we mnie pozadanie. Nie odrywalem od niej wzroku.

Tancerki dosiadly sloni, unoszone rytmicznym krokiem zwierzat przemierzaly arene. Myslalem o seksie. Zastanawialem sie jak zaspokoic te kobiete. Przed oczyma przebiegl mi obraz francuskiej milosci.

Czekalem w deszczu. Bez zbednych wprowadzen wsiedlismy do samochodu. Ona z kolezanka z przodu, ja z tylu. Spytala przyjaciolke czy chce nam towarzyszyc, czy tez isc do hotelu. Odpowiedziala, ze jedzie z nami. Przyzwoitka. A moglismy skonczyc w lozku. W drodze do centrum staralem sie byc zabawny.

Koncert sie skonczyl, ale nie ominely nas fajerwerki. Mysle, ze chciala sie ze mna kochac. Usiedlismy przy stoliku przy ktorym rano popijalem espresso. One zamowily molletes y male lechero z mlekiem, ja duze, mocne. Wyolbrzymialem historie i klamalem mowiac o niezaleznosci, one opowiadaly o pracy i dzieciach, jej syn tez tanczy. Podalem moj prawdziwy wiek, nie wiem co pomyslaly. Kelner przyniosl rachunek , powoli zamykano lokal. Zaplacilem i poszlismy przespacerowac sie po placu. Czulem, ze wzajemnie sie pozadamy, lecz rozmawialismy na inne tematy.

Miasto zastyglo. Nie znalezlismy baru, plaza byla pusta, a kafejki zamkniete. Wymienilismy numery, by spotkac sie jutrzejszej nocy. Wpatruje sie w wentylator i pisze. Chcialbym miec ja juz dzis.
Latarnia

Wpatruje sie w horyzont, u mych stop fale rozbijaja sie o kamienie. Z naprzeciwnej wyspy ponownie blysnelo swiatlo latarni. Wilgotny wiatr pokrywa skore okladem morskiej soli. Cudownie bylo zanurzyc sie w orzezwiajacej fali. Czulem sie sie wolny. Niesamowite jest uczucie glebi, orzezwiajacego pradu. Tylko ja i morze, poruszany sila dloni rodzierajacej wzburzone fale. Zastanawiam sie czy morze przynosi szczescie, czy samo w sobie jest szczesciem.

Fale zerwaly lancuch pozadania, uwalniajac od zaslepienia ponetnosci. Zmyly ze mnie psie futro, by ponownie przyodziac w szaty czlowieczenstwa. Wyrwalem sie z klatki przyjaciol, nie po to, by wpasc w sidla baletnicy. Pociaga mnie, ale to nie powod, by slinic sie niczym tresowany pudel dotrzymujacu panskiego kroku. Nie jestem psem, lecz wolnym czlowiekiem, jednak zachlysnalem sie wolnoscia w sposob, ktory przyprawil o czkawke. Boze, dziekuje ci za to, ze stworzyles oceany.


Acuarium

Nie jade do Chachalacas. W akwarium spotkalem mloda przewodniczke o przeszywajacych oczach i pieknym usmiechu. Spedzilismy 4 godziny, opowiadala o rekinach. Jutro pokaze mi miaste i zabierze na rynek, gdzie sprzedaja typowy koktajl z owocow morza. Siedze na kamieniach wpatrujac sie w wode, za 10 minut konczy prace. Nie chce czekac do jutro, zabieram ja na kawe.

Spacerowalismy bulwarem, przeciskajac sie przez tlum turystow i stragany miejscowych sprzedawcow, dotarlismy nareszcie do przymorskiej kawiarni. Ona zamowila michelade, ja chelade z ciemnym piwem, ktora wypilem duszkiem. Rozmawialismy o przeszlosci, opowiedzialem jej, ze bylem niesfornym dzieckiem. Zaprosila mnie do siebie.

Jej ojciec byl nurkiem, widac to po zgrubialej twarzy i zapadlych powiekach. Opowiadal, ze w 1982 nurkowal z Polakami. Z poczatku nieufny i zazdrosny o corke, po pewnym czasie uchylil rabka wspomnien. Matka usmiechala sie, podczas gdy jadlem tacos. Wypilem kawe, podziekowalem za goscine i wsiadlem do przejezdzajacej taksowki. Podczas gdy pisalem wiadomosc tancerce, taksowkarz opowiadal o wczorajszym napadzie, podczas ktorego ledwo uszedl z zyciem. Bylo po drugiej, a ja zapragnalem ja zobaczyc.

Promienie slonca biczem smagaja spalona skore. Upal wdziera sie w kazdy centymetr ciala, a zmeczenie przyspawa do metalowej lawki. Dopiero zaczyna sie dzien, a mi brak sil by oddychac.

Zbyt wiele doznan jak na jeden wieczor, do tego od rana slonce zieje ognistymi promieniami. Rozgladam sie za cieniem, ale nie pomaga na wiele. Wymeczone kilometrowymi przechadzkami stopy odmawiaja posluszenstwa, chroniac sie za bolem pecherzy. Do mola zostalo niewiele, wygladam pomocnej dloni morskich fal.

Wiedzialem, ze moge liczyc na moc glebi. Smakuje chwil zapomnienia posrod fal rozbijajacych sie o skaliste zbocze. Racze sie momentem oczyszczenia, zmycia brudu codziennosci, w morskiej swiezosci chowajac sie przed zarem upiornego slonca.

O 3-ciej wyszla z akwarium. Przeciskalismy sie przez tlumy ludzi na rynku, by reszcie zasiasc przy stoliku w oczekiwaniu na zamowiony koktail. Zamilklismy na kilka minut cieszac podniebienie smakiem zmieszanych owocow morza. Napoj byl orzezwiajacy. Nie zastanawialem sie nad czasem. Patrzylem na jej twarz, spogladalem w oczy, jej usmiech przypomnial mi o wachlarzu.

Ruszylismy na drugi koniec miasta, w miejsce gdzie rzeka laczy sie z morzem. Widok byl piekny, a plaza pusta, przygladalismy sie wodnemu nurtowi. Zmierzch przykryl zar slonecznych promieni, a cudowny wiatr piescil zmeczona dniem skore. Slonce powoli wtapialo sie w fale oceanu, jej spojrzenie bylo coraz wnikliwsze, jej zapach bardziej wyrazisty, jej oddech glosniejszy. Zgaslo slonce.

Friday, February 23, 2007

Przeblysk mysli


Jestem czlowiekiem…
Dwa slowa, w ktorych kryje sie istota bytu,
Dwa slowa, esencji ja…

Gdy przygnieciony ciezarem niemocy spelnienia wlasnych pragnien, wznosze oczy w poszukiwaniu znaku istnienia…
Czym jest zycie? Czyz nie pielgrzymka przez momento doznan przemijalnosci i uchwycenia ich dlonmi wlasnych wspomnien uwalniajacych z sidel czasu?

Czym jest moc czlowieczenstwa? Czyz nie mysla ujarzmiajaca minione momenty, zawarte w prozni wlasnej jazni, ktora smagana biczem czasu, mimo wszystko nie wypuszcza z uchwytu niesmiertelnej esencji?
Czym bylby czlowieka bez mysli? Maszyna przezuwajaca mijajace sekundy, istota szukajaca zaspokojenia pozadania terazniejszosci, cieniem wlasnej esencji poruszanym kolem slonecznej wedrowki?

Bogu dziekuje za dusze, za moc wyboru, ktory wyrywa z niezmiennego cyklu natury za nieprzemyslane czyny i planowane decyzje obrazujace me czlowieczenstwo.